Dwie pierwsze maszyny, które były szykowane w Mielcu dla polskiego wojska, zostały ostatecznie kupione przez armię innego kraju. Opowiemy o tym jeszcze w dalszej części artykułu.

Minister Macierewicz obiecuje, Mielec zaciera ręce

Najpierw cofnijmy się do ubiegłego roku.

Była niedzielna noc 9 października. Na skrzynki mailowe dziennikarzy z Podkarpacia wpadły informacje o planowanej na poniedziałkowy ranek wizycie premier Beaty Szydło i ministra obrony narodowej Antoniego Macierewicza w PZL Mielec. Łatwo się było domyślić, że to będzie ważna sprawa, tydzień wcześniej Ministerstwo Rozwoju zerwało rozmowy z Airbus Helicopters, który miał sprzedać MON 50 śmigłowców Caracal za 13,5 mld zł. Poprzedni rząd PO-PSL wybrał do dalszych rozmów właśnie Francuzów, a odrzucił oferty PZL Mielec i PZL Świdnik. W wyborach politycy PiS, a rok wcześniej także Andrzej Duda, grali tym tematem. Uznawali i uznają, że polskie wojsko powinno mieć śmigłowce produkowane przez polską fabrykę.

Skoro świt premier Szydło i minister Macierewicz byli w Świdniku, ok. godz. 10 pojawili się w Mielcu.

– Kiedy minister Macierewicz nadmienił, co chce zapowiedzieć podczas spotkania z załogą i dziennikarzami, władze zakładów musiały szybko skontaktować się z amerykańskimi właścicielami. Trzeba było ich uprzedzić i zapytać, czy podejmiemy się realizacji takiego zamówienia, w takiej formule. Rozdzwoniły się telefony, mimo że w USA była wtedy noc. Amerykanie stwierdzili, że skoro taką propozycję składa minister polskiego rządu, to wchodzimy w to – opowiada mi osoba, która zna kulisy tamtych wydarzeń.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej