Właściciele wynajmowanych mieszkań nie oddają kaucji, chodzą po mieszkaniach pod nieobecność najemców. Ci, którzy mają płacić za wynajem, nie robią tego w terminie, a przy wyprowadzce wykręcają gniazdka, lampy i wynoszą nawet... lodówki. Ich czworonogi obsikują ściany, mieszkańcy wkładają do pralki łyżeczki i nie potrafią zachować czystości. Zarzuty padają zarówno ze strony właścicieli mieszkań, jak i najemców.

Najemcy to cwaniacy. Szkody wyrządzają też rodziny z dziećmi

– Wynajmowałem pokój na Podwisłoczu. Zimą zepsuło się okno, a właściciel przeciągał naprawę. W nocy zamarzałem, padał na mnie śnieg – opowiada Marcin, który przyjechał do Rzeszowa na studia. – W innym mieszkaniu zauważyłem, że właściciel przychodził pod naszą nieobecność – dodaje.
Ustawa o ochronie prawa lokatorów mówi o tym, że nie można wyrzucić najemcy, jeśli nie ma zapewnionego innego lokum. Niektórzy to wykorzystują i nie płacą. Właściciel nie może np. odciąć prądu, mimo że na jego konto nie wpływają żadne pieniądze. Musi zapewnić wynajmującemu media. To, że ktoś ma zameldowanie u rodziców, nie oznacza, że można go tam wyeksmitować. Zdarzają się jednak i nieuczciwi właściciele, którzy próbują zarobić na wynajmie kosztem najemców.
Pracownicy biur pośrednictwa nieruchomościami uważają, że właściciele mieszkań i najemcy sobie nawzajem nie ufają. Polskie przepisy też nie do końca zabezpieczają ich przed oszustwami. Właściciele załamują ręce po szkodach, jakie najemcy wyrządzają w trakcie trwania umowy. – Najemcy to cwaniacy i wbrew pozorom nie chodzi tu o studentów. Duże szkody wyrządzają też rodziny z dziećmi. Najpierw narzekają na wyposażenie – że brzydkie i jak z PRL-u, a po zakończeniu umowy okazuje się, że mieszkanie wygląda tak, jakby przeszło przez nie tornado. Ściany i meble są porysowane, wymaga remontu. Zużywają media bez opamiętania, ale spóźniają się z opłatami – mówi pracownica jednego z rzeszowskich biur nieruchomości. – Mieliśmy taką sytuację, że najemcy zostawili klucze pod wycieraczką, wykręcili lampy, wynieśli z mieszkania lodówkę i ślad po nich zaginął – dodaje.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej