Katarzyna Hendzel ma 31 lat, pochodzi z Dąbrówki pod Jasłem. Ostatnio mieszkała i pracowała jako przedszkolanka w Rzeszowie, skończyła tu studia podyplomowe.

Wielkie ropiejące rany

8 czerwca tego roku obudziła się ze śladami ugryzienia w okolicach nadgarstka i opuchniętą ręką. Natychmiast trafiła do szpitala w Rzeszowie. Z minuty na minutę ręka wyglądała coraz gorzej. Kobieta zaczęła tracić przytomność. Wówczas lekarze doszli do wniosku, że przyczyną są toksyny po ugryzieniu prawdopodobnie przez jadowitego pająka.

Pani Katarzyna została przewieziona do szpitala w Jaśle. Tu zaczęła się walka o jej życie. Nerki już nie pracowały, ciśnienie 30/30, sepsa, stan agonalny. Stan kobiety zaczął się poprawiać po czterech dniach. Ale to był dopiero początek żmudnej drogi powrotu do zdrowia. Toksyny spowodowały uszkodzenie tkanki miękkiej rąk. Ręce pani Kasi wyglądały jak jedne wielkie, otwarte, ropiejące rany. W pierwszych tygodniach po ukąszeniu opatrunki trzeba było zmieniać dwa razy dziennie, tak szybko przeciekały. Za każdym razem przed zdjęciem starego opatrunku trzeba było podawać jej morfinę, bo ściąganie przyschniętych bandaży bolało nie do opisania.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej