– Ludzie w radiu odbierają to jako nikczemność i świństwo. Nigdy wcześniej czegoś takiego w naszej firmie nie było, a mieliśmy prezesów z nadania różnych partii. Zdarzały się próby nacisków, ale incydentalnie, był za to dialog ze związkami. Zarządy niejednokrotnie po interwencji związków wycofywały się ze swoich decyzji, czy to odnośnie do kary upomnienia, czy też nagany. Bywało, że broniły też dziennikarzy przed atakami niezadowolonych polityków – ocenia Dorota Borcz, szefowa Związku Zawodowego Pracowników Polskiego Radia Rzeszów, do którego należy 40 osób.

Słuchacz: W tym momencie mamy figuranta

Ta historia miała swój początek w czwartek 6 września tego roku. Poranny program Polskiego Radia Rzeszów pt. „Kalejdoskop” prowadziła tego dnia Grażyna Bochenek. Solą programu są telefony od słuchaczy. Nie są emitowane na żywo, ale nagrywane, a następnie odtwarzane. To wydawca programu decyduje, czy dany głos puścić, czy też nie. W programie 6 września Grażyna Bochenek najpierw wyemitowała wypowiedź następującą:

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej