Iza i Marek wyjechali do Norwegii zaraz po ślubie, w 2011 r. Już po trzech latach kupili na kredyt dom, rok później urodziło się wyczekane dziecko, Patryk. Sielanka. Kiedy w pośpiechu i pod osłoną nocy opuszczali Norwegię chłopiec miał 2,5 roku. – W Norwegii zakochałam się, za to, że wszystko wydawało mi się takie poukładane, uporządkowane, no i nie ukrywajmy, tam się dobrze zarabia. Ale wyjechałam z poczuciem, że to najbardziej absurdalny kraj na ziemi – mówi dzisiaj Iza.

Dziś Iza i Marek mówią, że udało im się wyjechać w ostatniej chwili, bo są przekonani, że ich dzieckiem zainteresował się Barnevernet, uważają, że byli obserwowani. – Dla kogoś, kto tego nie przeżył, to jest trudne do uwierzenia, ale to się dzieje naprawdę, teraz, w Europie – mówi Iza. – Chcę to wykrzyczeć.

Barnevernet to norweski urząd zajmujący się ochroną praw dzieci.

Przecież mamy XXI w., to jest demokratyczny kraj

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej