Tydzień temu w „Magazynie Rzeszów” opublikowaliśmy tekst pt. „Dlaczego uciekłam z synkiem przed Barnevernetem”.

Tekst w sieci wywołał lawinę komentarzy – do wczorajszego południa było ich już prawie 400. W reportażu rzeszowianka, pani Iza, opowiedziała, jak w obawie przed odebraniem dziecka przez Barnevernet, norweską służbę, która powołana jest do pomocy rodzinom, ale także reagowania, gdy coś jest nie tak, wyjechała z Norwegii. Zostawiła tam dom i pracę. Iza mieszkała w Norwegii prawie siedem lat, urodziła tam dziecko. W pewnym momencie poczuła, że jej rodziną zainteresował się urząd ds. dzieci. Pod wpływem doniesień o błędach w działaniu norweskich urzędników oraz sygnałów, które w ocenie Izy i jej męża świadczyły o tym, że urząd się nimi interesuje, rodzina zdecydowała natychmiast opuścić Norwegię.

"Po socjal do Norwegii to pierwsza"

Obawy Izy i jej męża wzbudził nie tylko podjeżdżający pod ich dom i przedszkole samochód Barnevernetu, ale też nietypowe zachowanie znajomych Norwegów – przedszkolanki, sąsiadów, pielęgniarki środowiskowej. Potem wyszło na jaw, że w karcie zdrowia jej dziecka były uwagi o tym, że ojciec pali, a matka przyszła nieumalowana. Zostały opatrzone komentarzami o domniemanej dysfunkcyjności rodziny. Uwagę norweskich urzędników, zdaniem Izy, przyciągnęła wizyta z 2,5-letnim synkiem u stomatologa, gdy zauważyła biały nalot na jego ząbkach.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej