– Nie działo się nic nadzwyczajnego, ale nagle córka zaczęła się moczyć w nocy. Z dokumentów, które później dostałam od Barnevernetu, wynika, że od kwietnia do sierpnia ub.r. byliśmy obserwowani, a urzędnicy przesłuchiwali moją czteroletnią córeczkę w przedszkolu bez mojej zgody. Zarzut: mąż bije dziecko. Jakaś bzdura! – unosi się Anka, ale tylko na chwilę. Milknie, gdy zbliża się młodszy syn. – Dzieci po pół roku od powrotu do Polski wciąż są pod opieką psychologa – tłumaczy przepraszająco.

Rozmawia ze mną, siedząc na placu zabaw w małej miejscowości na południu Polski. Opowiada: – Nasz kontakt z przedszkolem był wzorowy, byłam aktywną matką, codziennie rozmawiałam z nauczycielkami. Wszystkie chwaliły, że mamy świetne dzieci. Z dokumentów wiem, że do Barnevernetu doniosła jedna z nich. W sierpniu ubiegłego roku wezwali nas na przesłuchanie. Dzieci gdzieś zabrali. Oddali je po pięciu godzinach i powiedzieli: „Będziemy się lepiej poznawać”. Moja czteroletnia córeczka dygotała ze stresu. „Możemy już iść do domu?”– powtarzała jak nakręcona. Obie zaczęłyśmy płakać i mocno wtuliłyśmy się w siebie. Obiecałam sobie, że nigdy więcej na to nie pozwolę. Dostałam dokumenty o wszczęciu postępowania w sprawie córki i automatycznie też młodszego synka. Wyznaczono nam siedem spotkań, kolejne miało się odbyć następnego dnia, miałam przyjść z córką. Dwie godziny po tej rozmowie wyjechaliśmy spakowani w dwie reklamówki, żeby nie budzić podejrzeń sąsiadów.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej