Piątek, godz. 15, ponad 30 stopni, żar się leje z nieba. Kto może, siedzi w domu. Tymczasem pod wielkim drzewem przy ruchliwej ul. Fredry siedzą dwie panie. Na drzewie wywiesiły kartkę z napisem: „Przeznaczony do wycięcia, próbujmy uratować!”. Mają krzesełka i prowizoryczny stolik z kartonu. Zbierają podpisy pod petycją do prezydenta miasta. Nie chcą dopuścić do tego, by dąb został wycięty. A takie są plany miasta w związku z budową ronda w tym miejscu. Drzewo ma ponad 200 lat, 3,5 metra w obwodzie, rozłożyste gałęzie. Jest też jedynym tak dużym drzewem w okolicy, gdzie są same budynki i asfalt. Oddziela ruchliwą ulicę Fredry od bloków.

Osłona przed kurzem, hałasem, upałem

Gdy przyjechałam na miejsce, zastałam tylko jedną panią. Druga poszła na chwilę do domu, ochłodzić się. – Dowiedziałam się o tym właśnie od mojej znajomej, pani Ireny z bloku przy ul. Fredry. Jest zaniepokojona, bo ten dąb jest jedyną osłoną przed kurzem, hałasem i upałem – zaczyna opowiadać Irena Paterek. Kobieta mieszka nieco dalej, bo na ul. Siemieńskiego, ale razem ze znajomą chce walczyć o drzewo.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej