W małym, skromnym domku w Izdebkach mieszka już tylko Joanna. Jej mąż Krzysztof siedzi w areszcie, dziesiątka ich dzieci jest w domu dziecka.

Matka sama w domu

Pukam do drzwi, nikt nie otwiera. Sąsiedzi mówią: – Ona ciągle jeździ do dzieci. Odwiedza je. Tęskni.

Ale też przyznają, że zbyt wiele z nią nie rozmawiają. – Rzadko wychodzi. Zresztą po co ją denerwować. Kobieta przeżywa dramat, zabrali jej dzieci – mówi jedna z sąsiadek.

Joanna spędziła trzy miesiące w szpitalu. Trafiła tam po tym, jak dostała ataku histerii i zemdlała na wieść o tym, że zabierają jej dzieci.

W połowie listopada ubiegłego roku przed domem rozegrały się dramatyczne sceny: policjanci zakuli w kajdanki jej męża, Krzysztofa, wzięli dzieci za ręce, zapakowali do samochodów i zawieźli do pogotowia opiekuńczego. – Dla niej te dzieci to było wszystko, cały świat. To ona się nimi zajmowała, choć nie do końca sobie z tym radziła. Była nieporadna, ale kocha te dzieciaki – opowiada kolejna sąsiadka.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej