– Nie działo się nic nadzwyczajnego, ale nagle córka zaczęła się moczyć w nocy. Z dokumentów, które później dostałam od Barnevernetu, wynika, że od kwietnia do sierpnia ub.r. byliśmy obserwowani, a urzędnicy przesłuchiwali moją czteroletnią córeczkę w przedszkolu bez mojej zgody. Zarzut: mąż bije dziecko. Jakaś bzdura! – unosi się Anka, ale tylko na chwilę. Milknie, gdy zbliża się młodszy syn. – Dzieci po pół roku od powrotu do Polski wciąż są pod opieką psychologa – tłumaczy przepraszająco.

Pozostało 93% tekstu
Wyczerpałeś już limit bezpłatnych artykułów w tym miesiącu

Bądź na bieżąco - kup cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych
i wszystkich magazynów Wyborczej