– Mieszka tu od zawsze, odkąd pamiętam. Małe mieszkanko dzieli z matką, osobą schorowaną. Trochę jej pomaga, zakupy zrobi. Nie pracuje i nie pamiętam, by kiedykolwiek pracował. Wcześniej często siedział w piwnicy, coś tam majsterkował. W oczy się nie rzuca. Tak na pierwszy rzut oka. Bo jak podejdzie bliżej, to w jego twarzy jest coś niepokojącego.

Jest po czterdziestce, bardzo szczupły, wręcz chudy, chodzi w czapce albo kapturze naciągniętym na głowę. Jest jak kot, przyczajony – rozmawiam z Moniką, mieszkanką jednego z największych osiedli w Rzeszowie.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej