Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Antoni Czechow swoich postaci nie oszczędza – stawia je w skomplikowanych relacjach, wrzuca w trudne romanse i uniemożliwia dokonywanie w życiu jakichkolwiek zmian na lepsze. Świetny gruziński reżyser Andro Enukidze, autor rzeszowskiej inscenizacji "Wiśniowego sadu", wyciąga z rozbudowanego dzieła Czechowa esencję i raczy widzów ekstraktem, w którym można się rozsmakować jak w najlepszym gruzińskim winie, ale który uderza do głowy jak mocna gruzińska czacza. Jak to osiągnął?

Rapsodia o "Wiśniowym sadzie"

– To rapsodia o "Wiśniowym sadzie" – zapowiadał przed premierą. Rapsodia to forma improwizowana – i rzeczywiście znawcy twórczości Czechowa mogą czuć się zdezorientowani już na początku, bo Enukidze nie trzyma się wiernie dramatu, ma na niego autorski pomysł. Z ponadtrzygodzinnego spektaklu powstał półtoragodzinny, intensywny, wciągający, bez antraktów. Raniewską poznajemy nie jako piękną kobietę w kwiecie wieku, lecz starą, schorowaną, powyginaną artretyzmem. Towarzyszy jej młoda kobieta. Kim jest? Raniewska sama się gubi – czy to jej córka Ania, czy przybrana córka Waria? Sceny z przeszłości wracają do niej jak echo, bezładnie. Dopiero gdy nagle Raniewska wyprostuje się i zrzuci babciną chustę, poznajemy jej historię.

Spektakl został nie tylko skrócony, reżyser znacznie okroił też liczbę bohaterów, stosując bardzo odważny zabieg połączenia w jedną postać aż trzech bohaterek sztuki: Ani, Warii i Szarloty. Zyskał efekt silnego ścierania się na scenie dwóch kobiecych postaw: dramatycznej Raniewskiej, naznaczonej tragedią i złymi wyborami, poharatanej przez los i niezdolnej do powstrzymania nieuchronnej katastrofy (w tej roli mieniąca się emocjami, rewelacyjna Mariola Łabno-Flaumenhaft), oraz młodej kobiety, która dopiero wchodzi w życie, jest zakochana – szczęśliwie lub nie – ma ideały, chce działać i jest dokładnym przeciwieństwem Raniewskiej. W potrójnej roli fantastyczna aktorka o wielu obliczach – Dagny Mikoś.

Znakomite role

Raniewska wraca po latach pobytu w Paryżu do majątku na prowincji Rosji, licząc, że powrót do miejsca, gdzie kiedyś wiodła szczęśliwe życie, przyniesie jej ukojenie, tak się jednak nie dzieje. Oprócz pięknych wspomnień wracają bolesne – to tu tragicznie zginął jej synek, rany zadane przez paryskiego kochanka, który ją okradł, też nie są zagojone. Do tego okazuje się, że majątek jest zadłużony i trzeba podjąć radykalne kroki, żeby ocalić choć jego część. Raniewska i jej brat nie są do tego zdolni, kurczowo trzymają się iluzji dawnego życia, organizują bale, na które ich nie stać, pogrążają się w tanim sentymentalizmie i bezwolnie czekają na licytację majątku. Ignorują pomysł Jermołaja Łopachina, chłopskiego syna, a teraz sprytnego kupca, który radzi rozparcelować sad na działki dla letników. W końcu to Łopachin kupuje majątek, a Raniewska z rodziną muszą opuścić dom i na zawsze pożegnać wiśniowy sad. Łopachin Roberta Żurka to kolejna w tym spektaklu zasługująca na wielkie brawa kreacja aktorska. Postać, która zwykle w inscenizacjach "Wiśniowego sadu" nie budzi ciepłych uczuć, tu wzbudza nie tylko zrozumienie, ale i współczucie, kiedy usiłuje przekonać Raniewską do działania, ale za każdym razem trafia w próżnię. Nie jest karierowiczem żądnym sprawiedliwości dziejowej i gdy już staje się właścicielem majątku, wydaje się być tym faktem speszony. Zafascynowany Raniewską, nie potrafi zmusić się do związku z jej przysposobioną córką Warią.

Uwikłanemu w dramatyczne relacje trójkątowi bohaterów udanie partnerują Karol Kadłubiec (Trofimow), Marek Kępiński (Gajew) i Piotr Mieczysław Napieraj (Simeonow-Piszczyk), którzy wprowadzają nieco oddechu w zagęszczonej emocjami atmosferze na scenie.

Czym jest wiśniowy sad?

Na uwagę zasługuje scenografia. Mirian Shvelidze i Shota Bagalishvili stworzyli ją minimalistyczną, ale wymowną. Stara biblioteka i współczesne, metaliczne elementy symbolicznie łączą stare i nowe, widok wieży Eiffla w tle jest zapowiedzią nieuchronnie nadchodzącego dramatycznego zakończenia. Pod sufitem wiszą XIX-wieczne balowe suknie, niczym duchy dumnej przeszłości, które zaczynają wirować w scenie balu.

Tytułowego wiśniowego sadu na scenie nie zobaczymy. Ma wymiar metafizyczny – jest wspomnieniem dawnej świetności, wygodnego życia, czegoś, z czym trudno nam się pożegnać, ale jest nieuniknione. Wiśniowy sad to także symbol zaprzepaszczonych szans. Dla każdego może przecież oznaczać coś innego.

Premiera "Wiśniowego sadu", reż. Andro Enukidze, w Teatrze im. W. Siemaszkowej w Rzeszowie odbyła się 20 sierpnia 2021 r. w ramach Międzynarodowego Festiwalu Sztuk TRANS/MISJE – Trójmorze.

We wrześniu spektakl można zobaczyć tylko w środę o godz. 19. Bilety w cenie 30/20 zł.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.