Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Magdalena Mach: Twoja najnowsza książka, która ma się ukazać w maju, nosi na razie roboczy tytuł "A był tu między nami święty". O którego świętego chodzi?

Jerzy J. Fąfara: To Maksymilian Maria Kolbe. Momentem kluczowym, dźwigarem książki, jest moment, kiedy występuje z szeregu i idzie do celi głodowej, do celi śmierci, za Franciszka Gajowniczka, więźnia, który został wyznaczony przez Niemców, ale błagał ich o darowanie życia.

Ale to nie Kolbe jest bohaterem tej książki...

- Bohaterem jest ostatni żyjący świadek tej sceny, rzeszowianin Stanisław Szpunar. Do dziś wspomina, że już do końca obozu towarzyszyły mu myśli o tym zdarzeniu: co ten ojciec Kolbe zrobił. Dla niego Kolbe stał się świętym już w tym momencie, gdy zastąpił obozowego kolegę w celi śmierci. Szpunar uważa, że przeżył do dziś, dzięki opiece św. Maksymiliana Kolbego.

Dwie poprzednie powieści biograficzne poświęciłeś wybitnym postaciom pochodzącym z Podkarpacia: Józefowi Szajnie i genetykowi Franciszkowi Chrapkiewiczowi. Postać Stanisława Szpunara pojawia się już w książce o Szajnie, byli szkolnymi kolegami, potem obaj trafili do obozu. Dlaczego wybrałeś go na bohatera kolejnej powieści?

- Szpunar został aresztowany przez Niemców 1 maja 1940 r. w Rzeszowie, razem z czterdziestoma innymi chłopcami, uczniami liceum, studentami. Jest ostatnim żyjącym spośród tej grupy młodej inteligencji Rzeszowa, która 14 czerwca 1940 r. została wywieziona z Rzeszowa do Tarnowa, a potem w pierwszym transporcie do Auschwitz. Szpunar ma numer obozowy 133. Oni wtedy nawet nie wiedzieli, dokąd i po co jadą, nikt jeszcze nie znał takiego miejsca jak Auschwitz. Myśleli, że jadą na roboty do Niemiec, tak głosiła plotka. Myliło ich także to, że pierwszy transport do Auschwitz nie odbywał się w bydlęcych wagonach. Pociąg oczywiście był mocno obstawiony, w oknach stali Niemcy, ale wyglądał jak zwyczajny pociąg pasażerski. W książce opisuję takie zdarzenie, kiedy transport z więźniami zatrzymał się na dworcu w Krakowie i powitała ich wielka radość. Niemcy wiwatowali, strzelali w górę, a z megafonów powtarzano informację, że właśnie padł Paryż. Na jednym z pierwszych apeli usłyszeli od Niemców: "Stąd jest wyjście tylko przez komin albo przez druty". I oni wtedy jeszcze nie rozumieli, o co chodzi.

Ta książka, jak i dwie poprzednie książki biograficzne, o Józefie Szajnie i profesorze Franciszku Chrapkiewiczu, nie są suchą historią życia z podaniem dat i faktów, nie zaczynają się od słów: "urodził się w..."?

- Książka jest napisana jako powieść, ale jest też mocno wyposażona w archiwum zdjęciowe, są w niej również sylwetki zarówno kolegów więźniów Stanisława Szpunara, jak i esesmanów, z którymi miał kontakt. Postanowiłem dać czytelnikom gotową pigułkę wiedzy, żeby przybliżyć te wszystkie postacie i po to, żeby szczególnie młodzi ludzie nie musieli szukać po internecie, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Bo zauważyłem, że młodzież jest głodna wiedzy o czasach wojny. Na spotkaniach autorskich w szkołach nauczycielki często uprzedzały mnie, że trudno będzie utrzymać uwagę młodzieży przez dłuższy czas, ale kiedy zacząłem opowiadać o wojennych i obozowych przeżyciach bohaterów moich książek, na sali panowała cisza jak makiem zasiał, młodzież chłonęła te informacje tak, jakby nigdy wcześniej o tym nie słyszała.

Nowa powieść została napisana w charakterystycznym dla Twojej twórczości stylu, poetycko-metafizycznym?

- Nie potrafię inaczej pisać, jeśli nie mogę wejść w światy metafizyczne i w psychikę mojego bohatera, to pisanie mnie męczy. Dlatego w czasie przygotowań do wszystkich moich książek biograficznych najpierw przyjaźnię się z ludźmi, o których piszę. Tak było w przypadku książki o Józefie Szajnie, tak było również przy książce o profesorze Franciszku Chrapkiewiczu. Tak jest też ze Szpunarem, z którym znam się kilkanaście dobrych lat. Najpierw ich poznaję, musimy się zaprzyjaźnić, żebym mógł pisać o człowieku. To bardzo ważne przy pisaniu takich biografii. O Józefie Szajnie, a szczególnie o jego twórczości, zapisano już wiele informacji, dlatego ja w mojej książce, wchodząc w jego psychikę, muszę przekazać dużo więcej, niż wynika z obiegowej wiedzy na temat mojego bohatera.

Podobnie było z profesorem Franciszkiem Chrapkiewiczem, znanym w świecie jako François Chapeville. Napisałeś jego bardzo osobistą biografię. Jak długo pracowałeś nad książką "Pomruk", poświęconą wybitnemu genetykowi z Godowej?

- Sześć lat, ale z profesorem przyjaźniłem się dłużej. Aby opowiadać mi swoją historię, zapraszał mnie na wspólne wyjazdy, np. na Teneryfę. To musi być wzajemna relacja, mój bohater musi polubić mnie, a ja jego. Bo gdy on mnie polubi, to znaczy, że wszystko mi opowie, otworzy się przede mną. Profesor Chapeville w jednym z wywiadów przyznał, że przed nikim się tak nie wyspowiadał jak przed Jerzym Fąfarą. Tylko takie osobiste relacje powodują, że człowiek się otwiera, że biografia nie jest suchym zbiorem faktów, ale wchodzimy w zakamarki, które są zakazane dla ludzi, którzy nie są przyjaciółmi.

Jak starałeś się dotrzeć do tych pokładów wspomnień Stanisława Szpunara, człowieka w podeszłym wieku 93 lat, które są dla niego najbardziej traumatyczne? On nie chciał przecież odwiedzić Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu przez ponad pół wieku, aż do 2000 r.

- Do książki o Stanisławie Szpunarze miałem już zebranych sporo materiałów, nagranych jeszcze przed kilkunastu laty, kiedy przygotowywałem się do pisania o Józefie Szajnie. Ale wybraliśmy się razem w podróż, właśnie do Auschwitz, na rocznicę wyzwolenia obozu. W podróży człowiek się otwiera. Jest takie powiedzenie: chcesz poznać człowieka, wybierz się z nim w podróż. I coś w tym jest. Rzeczywiście, otwierają się inne przestrzenie dla tych, co chcą pytać, i tych, co odpowiadają. Wiek był barierą, często mój bohater był zmęczony, prosił o przerwę, za chwilę wracał do całkiem innego tematu. Dlatego ta książka opiera się na dwóch najważniejszych zdarzeniach: pierwsze to, o którym już mówiliśmy, z udziałem ojca Maksymiliana Kolbe, a drugie zdarzenie, gdy esesman brutalnie zabija na jego oczach małe dziecko i jego matkę. To jak dwie przeciwne szale człowieka: z jednej strony świętość, z drugiej - straszliwy mord.

Jak wygląda w Twoim przypadku proces twórczy? Co radziłbyś młodym ludziom, którzy chcieliby zacząć pisać?

- Pierwszy etap to zbieranie materiałów: nagrywanie rozmów, a potem żmudny proces odsłuchiwania. Lecą godziny, a z tego powstaje jedna strona. Ale ten proces przy pisaniu musi się odbyć. Potem przychodzi czas na literaturę: trzeba przeczytać wszystko na ten temat. Dopiero teraz, gdy mamy surówkę, siadamy i piszemy. Tu jest czas na imaginacje, wyobrażenia, jak przedstawię tego człowieka. Dlatego muszę go wcześniej dobrze poznać: co lubi jeść, w co się ubierać, czy gdy rano wstaje, patrzy przez okno czy się gimnastykuje. To wszystko jest ważne, bo za pomocą tych detali buduje się nastrój i pełny obraz postaci. Natomiast w przypadku książki, która oparta jest wyłącznie na mojej wyobraźni, wcale nie jest łatwiej. Najpierw wymyślam, łapię historię, o której chcę opowiedzieć, a potem jest bardzo żmudna praca codzienna. Wszystkim, którzy chcą pisać, radzę: nie może być tak, że w tym tygodniu sobie napiszę jedną stronę, a za dwa tygodnie następną. Systematyczność i pracowitość! Codziennie wstajemy rano albo siadamy przy biurku wieczorem i codziennie trzeba swoją działkę wypracować.

Jak oceniasz kondycję literatury w Polsce?

- Tak naprawdę mało wiemy o dobrej literaturze w Polsce. Nie ma życia krytycznoliterackiego, nie ma gazet, które ją na bieżąco opisują. Polska jest podzielona na dzielnice literackie, ale mało o sobie nawzajem wiemy. Jest natomiast powódź książek, które się produkuje masowo - albo za pieniądze autorów, albo w ramach ryzyka wydawców. Nie ukrywajmy, że jest zalew byle jakiej literatury, właściwie tu nawet nie możemy mówić o literaturze. Ludziom, którzy mają zdolność pisania wydaje się, że napisanie książki to już jest literatura. W większości jednak to są opowieści lepiej lub gorzej napisane. Oczywiście to się czyta, ale to nie ma nic wspólnego z prawdziwą literaturą. Bo o niej możemy mówić tylko wtedy, gdy jest prawdziwą sztuką.

Rozmawiała Magdalena Mach

Jakby w środku ciała urwała się struna... Fragment książki Jerzego J. Fąfary "A był tu między nami święty"

Tekst powstał w związku ze spotkaniem z pisarzem i poetą Jerzym Januszem Fąfarą, które odbyło się 12 kwietnia w księgarni Libra pl w Rzeszowie. Zostało zorganizowane na zamówienie i z inspiracji organizatorów Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016 i Światowej Stolicy Książki UNESCO 2016. To część projektu, w ramach którego w kraju odbywały się spotkania z pisarzami. Finałem będzie "Gazeta Pisarzy" 23 kwietnia. Dołącz do naszego wydarzenia na FB/Gazeta Pisarzy.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.